ARTYKUŁY

Ręce w kadrze. O tym, czego nie widać, a co mówi wszystko.

utworzone przez | gru 30, 2015

Ręce w kadrze. O tym, czego nie widać, a co mówi wszystko

Zdjęcie biznesowe ma jeden, zasadniczy cel: sprawić, żebyś wyglądał na kogoś, z kim warto robić interesy. Nie chodzi o to, by wyglądać pięknie, choć i to bywa pomocne lecz o to, by twarz i sylwetka mówiły: jestem rzetelny, komunikatywny, sprawny logistycznie, a moja pewność siebie nie jest wydmuszką. W tym osobliwym, cichym teatrze jednego aktora, jakim jest profesjonalna sesja fotograficzna, każdy detal gra swoją rolę. Każdy łącznie z rękami. Ręce są niedocenionym instrumentem w fotografii biznesowej. U mężczyzn to właśnie na nich spoczywa zegarek, mankiet, subtelny haft koszuli, te drobne sygnatury charakteru, które stylista mody nazwałby finishing touches, a psycholog sygnałami statusu. Ale poza tym dekoracyjnym wymiarem jest też coś głębszego: ręce gestykulują, układają się, podpierają, zaciskają i otwierają — i w każdym z tych ułożeń coś komunikują. Otwartość. Dystans. Ekspresję. Pewność siebie albo jej brak. Są niejako przedłużeniem twarzy, jej mniej pilnowanym, a przez to bardziej szczerym echem.

Kiedy Antoni Łoskot realizuje sesje biznesowe w Warszawie i innych miastach Polski, kadrowanie odbywa się zwykle w trzech planach. Pierwszy, ciasny, niemal legitymacyjny obejmuje samą twarz, bez rąk. Niezbędny, gdy potrzeba zdjęcia do stopki mailowej albo awatara na LinkedIn, lecz jako jedyna forma wizerunku ubogi. Drugi plan pokazuje więcej tułowia i właśnie ręce jest bardziej narracyjny, lepszy na stronę internetową, do publikacji branżowych, pism do akcjonariuszy czy materiałów dla sieci dystrybucyjnej. Trzeci plan, tzw. kadr amerykański, komponowany zazwyczaj teleobiektywem na poziomie ud, oddaje całą sylwetkę stateczną, stojącą, pewną swojego miejsca w przestrzeni.

I tu pojawia się pytanie, które pada na sesjach biznesowych z rozbrajającą regularnością: czy muszę pokazywać ręce? A jeśli tak jak je ułożyć?

Odpowiedź, której udziela doświadczony fotograf biznesowy, jest prosta i nieoczywista zarazem: nie ma złych póz. Ręce można złożyć jedną na drugą poza zamknięta, ale wcale nie musi oznaczać wrogości czy defensywności; można trzymać długopis, telefon, komputer rekwizyt daje zakotwiczenie, odbiera sztywność; można gestykulować poza otwarta, zapraszająca; można wreszcie oprzeć się o biurko albo ścianę, nadając kadrowi luz i niewymuszoną pewność siebie. Debata o tym, co jest wizerunkowo lepsze gesty otwarte czy zamknięte jest o tyle jałowa, że umyka w niej to, co naprawdę ważne: jak konkretna osoba czuje się w danym ułożeniu. Bo kamera nie kłamie. Widać w niej nie tylko mankiet i zegarek, ale i dyskomfort.

 

Dlatego właśnie podczas sesji biznesowych warto rozmawiać. Product manager, który ma trzy minuty między spotkaniami, potrzebuje nie rozkazu, lecz wyboru: możesz tak, możesz tak, możesz tak. Małe menu możliwości zdejmuje ze sfotografowanego ciężar decyzji, a fotografa uwalnia od przepychania kogoś przez pozy, w których ten ktoś czuje się jak w pożyczonym garniturze.

Bo sesja biznesowa to nie tortury. To przy odrobinie dobrej woli po obu stronach obiektywu całkiem przyjemna rozmowa o tym, jak chcesz być widziany.


Profesjonalne sesje biznesowe realizuje Antoni Łoskot fotograf z Warszawy specjalizujący się w fotografii biznesowej, portretowej i korporacyjnej. Więcej realizacji i możliwość rezerwacji na antoniloskot.pl