Są takie dni pracy, które mają w sobie coś z rytuału, powtarzalność ustawienia, techniczną precyzję, podobną halację światła, a jednocześnie każdy z uczestników tej portretowej sesji zdjęciowej, wnosi do kadru coś zupełnie osobnego: sposób trzymania głowy, ruch dłoni poprawiającej kołnierzyk tuż przed spustem migawki, unikalną dla siebie mimikę. Takie właśnie były dwa dni w katowickim biurze firmy American Heart of Poland, spółki włoskiej grupy San Donato.
Pomieszczenia biurowe, z natury swej funkcjonalne i obojętne na estetykę, trzeba było oswoić, wydzielić w nich przestrzeń, które na dwie doby stały się małym teatrem światła. Dwie szwajcarskie lampy Broncolor, ustawione na przeciw siebie, budowały na twarzach łagodną, acz stanowczą grę światła i cieni. Portretowe pionowe kadry, realizowaliśmy zgodnie z przesłanym wcześniej briefem, bliższe posturze ludzkiej sylwetki niż pejzażowi w wertykalnym ujęciu.
Warto przyjrzeć się temu, co z tej dyscypliny światła i kadru wynikło. Tło, korytarz biurowy, przepierzenia, donice z zielenią, rozmywają się przestrzennie, charakterystycznie dla użytej tutaj optyki (Canon 85mm f1,4L) Nieostrości w których znajdziemy trochę zieleni, rozświetlają punkty jarzeniowego światła, wlewając nieco ciepłej tonacji w tło, bez rozpraszania uwagi od twarzy fotografowanych. Ten stonowany, estetyczny fundament kontrastuje z przeważającą tonacją granatu i czerni marynarek, które w zestawieniu z ciepłą, dobrze wymodelowaną karnacją dają obraz uporządkowany, niemal graficzny w swej czystości. Każde ujęcie funkcjonuje w parze: szersze, do pasa, budujące sylwetkę, oraz bliskie, w których lepiej czytamy mimikę. To w tych zbliżeniach najlepiej widać robotę dwóch Broncolorów: główny unit, modelowany na „deep umbrella” stawia w oczach wyraźny, żywy refleks, drugi unit, modelowany na pionowym softboxie typu strip, , domyka cień po przeciwnej stronie twarzy tak, by nic nie zapadło się w czerń. Cała reszta, tło, ubiór, poza, jest tylko oprawą dla tego jednego punktu, w którym model patrzy prosto w obiektyw.
Pięćdziesiąt sesji portretowych w ciągu dwóch dni to pięćdziesiąt osobnych negocjacji z własną twarzą. Jedni siadali przed kamerą z ulgą, inni ze skrywanym napięciem, jeszcze inni, z tą szczególną nieśmiałością ludzi przyzwyczajonych bardziej do rozmów na spotkaniach niż do pozowania. Zadaniem fotografa nie było wcale uchwycenie „naturalności” – pojęcia zresztą mocno wyświechtanego w sytuacji tak jawnie sztucznej, jak sesja portretowa, lecz znalezienie w każdej twarzy momentu skupienia, w którym maska zawodowa i twarz prywatna nakładają się na siebie choć na chwilę.
Projekt realizował fotograf Antoni Łoskot, w asyście wizażystki Joanny Abram z naszego zespołu. Prasowy wariant usługi. Lipiec 2026.





