BLOG

Wietnam 2026

lut 3, 2026

Przez ponad dwa lata rozmów, dyskusji, lektury blogów, oglądania filmów dokumentalnych, wertowania forów oraz grup na social mediach dojrzewał w nas pomysł, aby szukając ucieczki od polskiej zimy, udać się do Wietnamu. Azja marzyła się nam już od dawna, chyba głównie dlatego, że jest czymś wielowymiarowo innym niż to co znamy z Europy. Zarówno w tym co wydawało się nam oczywiste, czyli w tkance miejskiej, florze, kuchni, klimacie, kulturze, jak i tym co okazało się dla nas niespodzianką, ale o tym napiszę gdzieś „między zdjęciami”.

Wietnam jest tak rozległym krajem, że nie sposób podczas dwóch tygodni dotrzeć wszędzie. Z uwagi na porę wyprawy (styczeń) zdecydowaliśmy się głównie na południe (gdzie właśnie zaczynała się pora sucha) oraz kawałek centrum, gdzie jak dowiedzieliśmy się na miejscu, deszcze kończą się dopiero w marcu. Plan tej podróży wyglądał mniej więcej tak:

  • Zaczęliśmy na wyspie Phu Quoc, czyli jednym z najbardziej wysuniętych na południe rejonów Wietnamu. Tu spędziliśmy 5 dni.
  • Następnie samolotem dostaliśmy się do Ho Chi Minh (Saigon) skąd grabem udaliśmy się do Ben Tre w dolinie Mekongu. Tu byliśmy 2,5 dnia.
  • Wróciliśmy do Sajgonu na dosłownie 1,5 dnia, aby następnego dnia udać się Hue na kolejne 1,5 dnia.
  • Przejechaliśmy na motorach przez Hi Van Pass, aby kolejne 2 dni spędzić w Hoi An.
  • Ostanie dni naszego wjazdu spędzamy w Da Nang, skąd wracamy do Polski.

W transferach pomiędzy różnymi regionami i miastami przemieszczaliśmy się samolotami krajowych linii Vietnam Airlines (Phu Quoc – Sajgon – Hue – Da Nang – Phu Quoc). Na bliższe dystanse zazwyczaj korzystaliśmy z azjatyckiego Ubera, czyli aplikacji Grab.

Part.1. Czyli Phu Quoc.
Planując czas na wyspie, nie spodziewałem się autentycznej tkanki miejskiej czy typowej dla Wietnamu architektury, z którą miałem nadzieję zetknąć się w dalszej części naszej podróży. Pobyt na wyspie miał dostarczyć nam dawkę słońca, pozwolić na nurkowanie i dać nieco odpoczynku możliwie w ciszy i spokoju. Odwrotnie niż sugerują trendy, zdecydowaliśmy się na północ wyspy, gdzie nie ma zbyt wiele turystycznej infrastruktury, kurortów, i turystycznych atrakcji. Uciekając od przeładowanego turystami południa, mieliśmy niby wszędzie daleko (z czego śmiał się nasz poznany na miejscu przewodnik), ale zyskaliśmy tak ważną dla nas ciszę i spokój. Znaleźliśmy butikowy hotel Peppercorn Beach tuż przy rybackiej wiosce Ganh Dau. Dopiero pod koniec wyjazdu, okazało się, że hotelowa plaża była najfajniejszym dla nas miejscem na całej wyspie. Krystaliczna woda, czysta plaża, nawet jak wybierzesz się spacer wzdłuż wybrzeża (całkiem odwrotnie niż na „trendy” plażach wyspy jak Sao Beach, gdzie nie sposób było uniknąć brodzenia w tonach śmieci!), cisza, kulturalni hotelowi goście, no i świetna kuchnia z niesamowitymi śniadaniami, które ciężko było przejeść!

W okolicy naszego hotelu, wioska rybacka Ganh Dau raczej skromna. Sporo ubogich, ale uśmiechniętych i przyjaznych turystom miejscowych. Główne ulice tej rybackiej wioski to był jeden wielki targ, na którym kupić można było świeże owoce morza, świeże orzechy ziemne, różne wcześniej nieznane mi owoce i warzywa oraz spróbować chyba najbardziej powszechny dla miejscowych posiłek, czyli Wietnamski Hot Pot. Ta treściwa zupa to posiłek dla całej rodziny, za którą płacisz w porywach do 200 000 dongów, czyli ok 30 zł.

Z wycieczek, które wybraliśmy na wyspie, najlepiej wspominam nurkowanie na rafach koralowych w okolicach Hon Vang. Z tego miejsca polecam przewodnika, który nas tam zabrał Vu Tran Przemiły, świetnie mówiący po angielsku gość! Zdjęć z wyprawy brak (bałem się, że aparat wpadnie mi do wody.. Sic!) Poniżej trochę fotografii z Sao Beach (największe rozczarowanie z uwagi na śmieci) oraz na Star Fish Beach, która jednak sprawiła mi mniej radości, z uwagi na dużą liczbę ludzi i małą intymność podczas spacerów. Udało się także odwiedzić Pagodę Ho Quoc na wschodnim wybrzeżu.

Part 2. Dolina Mekongu, czyli Ben Tre i okolice.
Zainspirowani kulinarnymi przygodami Makłowicza w dolinie Mekongu, postanowiliśmy znaleźć dokładnie ten sam „Farm Stay”, w którym spał nasz znany i lubiany kucharz. Ośrodek standardem przypominał nasze niektóre tatrzańskie czy beskidzkie schroniska. Nocowanie w gąszczu wodnych kokosów, w bujnej tropikalnej roślinności – bezcenne! Na wycieczkę łódkami po Mekongu zabrał nas Khoa Ly. Pokazał nam, w jak różny i kreatywny sposób można wykorzystać „do cna” zasoby jakie daje uprawa kokosów. Oprócz znanego nam z Europy mleka czy kokosowych wiórków, na miejscu wytwarza się także olej, słodycze, wafle ryżowo kokosowe, ciastka, alkohol, maty, włókna, miski i sztućce i wiele innych rzeczy.

Part 3. Czyli krótka wizyta w Sajgonie (Ho Ci Minh City)
Planując wycieczkę bałem się, że wizyta w 10 milionowym mieście mnie przytłoczy. Zbyt dużo ludzi, za dużo hałasu, nie dlatego uciekamy z Warszawy, aby pchać się do jeszcze większego miasta myślałem… To był błąd. Sajgon jest niesamowitym miastem! Architektoniczne wpływy francuskie, amerykańskie, japońskie. Tropikalna flora, stare budynki przeplecione piętrami bujnej roślinności, ulice tętniące życiem, jakich nie widziałem nigdzie wcześniej. Mimo wizualnego oczopląsu, pstrokacizn, jest coś unikalnego w tkance tego miasta. Bardzo chętnie wrócę tam jeszcze kiedyś choćby po to, aby poćwiczyć sobie streetphoto.


Part 4. Hue i Hi Van Pass
Wizytę w Hue zrealizowaliśmy spontanicznie za namową spotkanego na Phu Quoc podróżnika i naszego znajomego Andrzeja Mellera, którego książkę o Wietnamie polecam z tego miejsca serdecznie! Hue to jedno z miejsc, w którym chętnie zostałbym dłużej. Miejsce autentyczne, nieprzerysowane, z historią, z zabytkami, ze świetnymi jak przystało na siedzibę cesarzy rodu Nguyen knajpami (najlepszy obiad w całym Wietnamie jedliśmy tutaj). Architektura samego miasta i okolic ciekawa i diametralnie inna od tego co widzieliśmy na południu. Gdybym miał więcej czasu, wykorzystałbym go na przedmieściach Hue. Unikalne architektoniczne domy zasługują na sporo więcej uwagi. Drugiego dnia z samego rana, korzystając ze wsparcia Tan, przejechaliśmy na motorach przez przełęcz Hi Van Pass do Hoi An. Po drodze zmoczył nas deszcz, kąpaliśmy się w górskim wodospadzie i odwiedziliśmy Lady Buddha, gdzie rezydują małpy.

   

Part 5. Hoi An / Da Nang. 
Planując 3 ostatnie dni w Wietnamie, miałem taki film w głowie, że pobyt w Hoi An będzie wizytą w niewielkich rozmiarów, rybackiej osadzie. Cichej, skromnej mieścinie u unikalnej architekturze i trochę innej niż na południu kuchni. Architektura, fakt była unikalna i wiele budynków i domów jest zwyczajnie ciekawych. Ścisłe centrum miasta jest jednak przerysowane przez komercyjny kicz. Wszędzie pstrokate stragany, tłok tak duży, że ledwo można przejść na drugą stronę ulicy, nocą bardzo głośna muzyka, lampiony z plastiku z ledowymi światełkami … no nie. Trochę jak nasze Krupówki z Zakopanem. I rzecz jasna, jak odejdziesz od ścisłego centrum można znaleźć to co miałem w głowie planując pobyt w tym miejscu. Jednak chyba bardziej podobało mi się w Hue, przez prostotę i bardziej kameralny klimat.

Naszą wycieczkę skończyliśmy w Da Nang, które jest trochę jak Azjatyckie Miami. Długa plaża, oceanfront hoteli i wysoko miejskich biurowców, surfing, beach-bary, food trucki… Dzieciom się podobało. Może następnym razem, kiedy będziemy planować trip na Północ Wietnamu pomyślimy, aby tutaj jeszcze wrócić?
W planach na przyszłość zostaje cała, diametralnie inna od regionów południowych, północna cześć Wietnamu.

Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors

Najnowsze wpisy

Archiwa

Skontaktuj się